fbpx
Loading...

Dzień dobry

Mam na imię Karolina i bez pisania nie istnieję.
Wczoraj miałam życie 2.0. Dzisiaj mam tylko siebie.

Trudna sztuka dorastania. W sobie.

Pamiętam, kiedy początkiem zimy 2016 siedziałam skulona na kanapie i zastanawiałam się przerażona co dalej. Owinięta kocem, z tłustymi włosami, w poplamionej piżamie. I miałam wrażenie, że to już, że to właśnie teraz skończyło się moje życie, nie ma nic więcej…

Nekrolog. Epilog. Prolog. Być może…

… czyli kilka słów o tym, że w sumie to mi się odwidziało. A przysięgam, że próbowałam, chciałam, podchodziłam do tego wiele razy, chcąc przekonać się, że jednak warto, że ma to jakiś cel, że jakiś sens, logika, cokolwiek, co mogłoby mnie zatrzymać przy tym, co zaczęłam zimą 2016 roku.

Urok nieistniejącej rzeczywistości

Biorę telefon do ręki, klikam w fioletową, bardzo charakterystyczną ikonę. Bez większej uwagi przeglądam kolejne profile, przesuwam bezsensownie palcem w górę, w dół. Wzdycham. Wodzę – dość niechętnie, ale jednak – za pięknymi ciałami opalonymi na kolor, który tak naprawdę nie istnieje. Degustuję – z niesmakiem, ale jednak – pożywkę serwowaną mi przez spójne feedy i nie do końca wartościowe treści. Wzdrygam się na to wszystko, choć to coraz bardziej rozległe rozczarowanie pochłania sporą część mojego świetnego dnia, którego przecież właśnie w tym momencie wszyscy mi życzą.

Żegnaj, Carrie Bradshaw

Snuję się gdzieś pomiędzy 101 a 104, siąpawica zacina mi prosto w twarz. Zacina niezależnie od kierunku, w którym się udam. Nie wierzyłam kiedy mówili mi, że tu deszcz pada poziomo, a szyku zadaje się w kapoku w modnym kolorze. Nie wierzyłam też w kilka innych rzeczy, ale o tym może kiedy indziej.